niedziela, 17 lipca 2016

Źródło | Yossarian Malewski

czuje jego rytm
puls pod powierzchnią myśli
brzmienie tuż za odgłosem uderzeń serca
brzęk za szumem krwi w żyłach

jest gdzieś wewnątrz…

zmylony
patrze przed siebie i za siebie
wyciągam dłoń, żeby poczuć 
lodowatą wodę źródła
przemierzam świat
zataczam coraz większe kręgi
gubię drogę
znajduję drogowskazy
błądzę

z wiecznie wyciągniętą dłonią

i coraz mniej czuję rytm, puls
coraz mniej słyszę brzmienie, brzęk

z wyciągniętą dłonią
błagalnie

bo jest gdzieś wewnątrz
a ja nie mogę znaleźć drzwi
wejść do środka
wciąż krążąc 
szukam, węszę, nasłuchuje

aż odezwie się wszystko
jednym głosem
cały wszechświat
że nic tu dla mnie nie ma
bo wszystko jest


wewnątrz

© 2016 by Yoss



czwartek, 26 maja 2016

Blask | Yossarian Malewski

Frywolnie grzęznę w blasku słów.

Ciekawe – z wyborów niewypowiedziane,
Smaczniejsze od dojrzałych – trywialne,
Trujące ukryte pod soczystymi,
Przeklęte pod świętymi.

I dalej.
Poza pejzaże śmierdzących ruin.

W tych dłoniach zaplątanych we włosach.
Ach w tych dłoniach odnaleźć ukojenie.

Na dwa słowa – trzy.
Poza prawdą – czy jedynym dźwiękiem
Będziesz szelest włosów na krawędzi rzeczywistości i snu?

Pod spojrzeniem podniesionym za wysoko,
Ukrytym za nisko.
Bez nadziei na równowagę
Między burzącą spokój linią brzucha i nóg, 
Ze skowytem wszelkich emocji.
Jeszcze więcej i jeszcze mocniej.

I tylko ty możesz zrozumieć,
A wszystkim roi się, że czytają bezbłędnie.
Tylko ty możesz powstać
Ponad błękitem.
Myląc niebo z wodą,
Wodę z niebem,
Niebyt z przepychem.
Natchnienie ze śmiertelną chorobą duszy.

Nieomylna

Natchniona

Pełna

Pani na tronie królestwa.
Ścinająca głowy.
Obwołująca igrzyska.
Czuła mimo woli,
Wolna od czułości.
W wyrazach nieskończoności,
Przepełniona gniewem i łaską.

Za dużo dla śmiertelnych.

Za mało dla wiecznych.

Potęgujmy więc światy.
Spieniajmy wody oceanu.
Wznośmy szczyty,
Podpalajmy lonty wulkanów.

Ustanowimy nowe gwiazdy,
Starym nadamy nowe imiona.
Post festum.

Naznaczeni rajem, którego szukamy
Gubiąc dusze w czarnych podziemiach,

Nekropoli – świata.

© 2016 by Yoss

niedziela, 15 maja 2016

Dwa | Yossarian Malewski

Początek dnia. Koniec dnia.
Lewa ręka i prawa.
Oczy, które nigdy nie zobaczą same siebie, 
Które mogą wpatrywać się w jedno z Twoich oczu.
Uszy, które słyszą to co z lewej i to co z prawej.
Dwie nogi, które prowadzą mnie tam…

Właściwie gdzie?

Czy to jest miejsce na mapie czy w moim sercu?
Czy w moim sercu jest mapa na której odciskam ślady swoich stóp.
A obok ślady stóp innych,
Tych co zdeptali,
Tych co ponieśli, kiedy byłem bez sił,
Tych co przeszli obojętnie,
Tych z którymi szedłem w jednym kierunku…

Właściwie tu.

W moim sercu. Jednym. Jedynym jakie mam. 

Z lekkością i łatwością oddaje je w Twoje ręce.
Nie musisz być ostrożna.
Nie powinnaś.
Ono nie pęknie – jest całe z księżycowego pyłu – nie może więc pęknąć.
Nie musisz być ostrożna.

Bądź tylko prawdziwa.

Bądź prawdziwie.


Naprawdę.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Przeobrażenie | Yossarian Malewski

Staje się sam w sobie.
Z nienawistnym uwielbieniem zapatrzony w samego siebie.
Z poczucia winy do samych gwiazd.
Ze wstydu po koniec wszelkiego początku.
Z głupoty własnej zaśmiewam się do łez.

Niewdzięcznicy.

Nędznicy.

Nienawistna miłość wyrażona w trosce.
Spełniona obietnica w wyciągniętej z pomocą dłoni.
Miska gorących ziemniaków z masłem.
Szklanka do połowy wypełniona ciepłą wódką.
Zatracić się w sobie – byle tylko czuć.

Sprzeniewierzyłem się.

Zagubiłem się.

Nim odnajdę znów choćby cień samego siebie.
Proszę powiedz mi że mnie widzisz.
Że słyszysz mój głos.
Że moje dłonie nie są przeźroczyste.
Powiedz cokolwiek. Proszę

Odrodzenie.

Na ziemię zstąpienie.

Oto jestem.
Nagi.
Nigdy więcej nie uwierzę w wasze prawa wstydu.
Zimny.
Nigdy więcej nie pokocham waszą miłością.
Bez odwagi.
Nigdy więcej nie zlęknę się was.
Bez opamiętania.

Nigdy więcej nie odbiorę sobie życia…

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

burza ciszy | Yossarian Malewski

Powiedz mi co oni nam zrobili? Jak mogliśmy na to pozwolić?

Dotykam Twoich ust wierzchem dłoni. A Ty spuszczasz wzrok. 

Wstydzisz się? 

Czuje wilgoć Twoich warg na skórze. 

Boisz się? 

Chciałbym pokazać Ci jak rodzi się tornado, jak rodzi się wulkan, jak powstają najwyższe góry. A ty odwracasz wzrok.

Piszesz rozważnie.

W chwilach nieuwagi wyrywają Ci się słowa, które burzą ten wystudiowany, elegancki spokój i wyraz głębokiego skupienia płynący z doświadczeń i wiedzy.

W chwilach uwagi upokarzasz mnie prostą celnością swoich myśli w sposób, który sprawia, że chcę więcej i więcej.

Pomiędzy tym cisza. Wypełniona szeptem, którego jeszcze nie możemy usłyszeć. Albo słyszeć go, boi się któreś z nas. Z tym obrazem namalowanym na białej ścianie. Za prześcieradłem. Za mgłą z mokradeł. Za powiewem ciepłego oceanicznego wiatru. Za szumem fal. Za ciemnymi okularami, przez które nie widać jak bardzo patrzę w Twoje oczy. Nie słychać jak to spojrzenie rozrywa milczenie w wybuchy śmiechu – jedyną drogę ucieczki.

Jest w tym wszystkim powaga i zabawa. Powaga żywiołów, których powstrzymywać nie sposób. Zabawa beztroska, której skutków nie będziemy przewidywać z wyboru. Z przekory wobec lęków. Z pragnienia chwil nieśmiertelności, które będą ranić nas do krwi w natarczywości snów przerywanych o poranku nagłym atakiem samotności.

Jest też nadzieja. Wiara. Strach. Cierpliwość. Ciepło i cierń, wyrwany z miejsca, którego nazwy nie pamiętasz.

A odnajdziesz jeszcze wstyd łamany szorstkim zdecydowaniem pragnienia…

Odnajdziesz stan bliski śmierci. Cały okryty ciepłem kobiecej delikatności…

Więc śpij. Sycąc się słońcem.

Spij zanim te szepty odbiorą Ci oddech.

Śnij…

© 2014 by Yoss

www.yossarian.pl

niedziela, 27 marca 2016

Wejście do ogrodu | Yossarian Malewski

Idę korytarzem. 
Zanurzony w zieleni, w zapachu obiecującym więcej i więcej… W tajemnicy. 

Idę korytarzem w cieniu starych drzew. Dotykam stopami ziemi i trawy. Szukam wejścia. Chciałbym dostać się do środka. Chciałbym poznać prawa, którymi rządzi się ogród. A on nie chce zdradzić swoich sekretów.

Między dziecięcymi krzykami i młodzieńczymi marzeniami. Między zapachem mchu i storczyków. Między natarczywością akacji i skrzypieniem starego hamaka wśród krzewów. 
Pająk przyczajony w pęknięciu kory. 
Głos ptaka, którego nie sposób dostrzec. 
Zapach słońca.

Idę korytarzem tajemniczego ogrodu.

Czuję lęk. Fascynację. 
Czuję pożądanie. Wstyd. 
Czuję ciekawość. Strach.

Niemal fizycznie wyczuwam Twoją obecność. 
Słyszę Twój oddech. 
Czuję zapach Twojej skóry. 
Czuję jak mnie dotykasz – nie dotykając, muskając ledwie przelotnie.

Leżę w zieleni tajemniczego ogrodu.

A Ty odchodzisz bez słowa. Bezdźwięcznie. Bezbarwnie. Spodziewałbym się nieba we łzach. Bez gwiazd. Bez ptaków. W tej ciszy bez koloru spodziewałbym się… 
A dostaję tylko zmiętą kartkę i dwa słowa: 
Napiszę później.

Tym samym korytarzem. 
Tą samą furtką.
W tym samym życiu.
A jednak zupełnie innym czasie, wychodzę do świat, którego wcale nie chce. 
Bez Ciebie.

© 2014 by Yoss

www.yossarian.pl

tak... patrzę | Yossarian Malewski

Patrzę na kobietę.
Na załamanie linii obojczyka. Na rzeźbę szyi.
Na piersi zarysowane linią tak doskonałą, że tylko kilku największych potrafi ją uchwycić w nagłych szkicach kreślonych przed światem.
Bardziej wyczuwam niż widzę fakturę jej skóry.
Delikatne zmiany pod opuszkami palców, kiedy przesuwam dłoń od linii włosów przez kark, ramiona, łopatki... Wzdłuż pleców aż do bioder. Z tych zmian pod palcami wyczuwam zapachy. Każdy fragment jej ciała pachnie inaczej – choć zawsze jest to jej zapach.
Dotyk skrapla się pod piersiami w oddech z rytmem przyspieszonym do westchnień.
A skroplony tlen spływa niżej, gdzie westchnienie nabiera mocy krzyku stłumionego aksamitem nocy.
Więc na przekór za dnia wpatruję się w kobietę. Posągowy profil. Przenikliwe oczy. Usta wyrysowane szminką – ostre, nieprzystępne. Ale te spojrzenia, ten mój wzrok rozpuszcza jej nieprzystępność w delikatne drżenie.
Tak.
Patrzę na kobietę.

© 2014 by Yoss

www.yossarian.pl

sobota, 19 marca 2016

tak chcę. tak. | Yossarian Malewski

tak chcę. tak.


Kilka słów. 
Cztery, może pięć.

Kilka linii. 
Nieśmiałych, drżących jakby nie do końca były pewne czy chcą żebyś je zobaczyła.

Wiem, to niewiele. Ale po tej stronie lustra, po tej stronie tafli wody możesz czytać z nich jak z otwartej księgi.
Słowa jak przelotne spojrzenia – jedyne wśród setek.
Jak przypadkowe dotknięcie dłoni – wśród tłumu szumiących ciszą ludzi.

One opowiedzą Ci historię (nie)prawdziwą.
Meandrującą między dniami i nocami.
Między godzinami wyczekującego milczenia i niespodziewanym brzmieniem Twojego głosu – bez słów.

Wszystko tylko po to, żeby na końcu czasu namalować obraz jasny, prosty, czytelny tak bardzo, że krew w żyłach tężeje i rozpala się na nowo w płynną granitową skałę porywając dalej i wyżej. Poza Dom, miasto, śpiew ptaków przed świtem. Jak przez sen.

Do miejsca, w którym nie ma nic poza Tobą i mną.
Do miejsca, w którym przeszłość i przyszłość nie mają nazwy.
Do miejsca, w którym przez jeden oddech możemy być bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

A Ty siedzisz na krześle.
Zapatrzona w przestrzeń między filiżanką i snem.
Przez odgłosy porannego zagubienia znajdujesz drogę do swoich dłoni. Innych. Nie zanurzających się w lazurowej wodzie. Nie gładzących ostrej krawędzi muszli. Niezbyt zaplątanych w gorące od słońca włosy. Znajdujesz do nich drogę, żeby poczuć uciekające ciepło porannej kawy.
Uciekające ciepło.

To przez ten sen.
Przez niezłożone obietnice.
Przez fantasmagorie cieni łapanych kontem oka w jasnej codzienności.
Przez te dłonie, których dotyk możesz tylko śnić.
Przez ten oddech, którego tempo prowadzi w nieuchronne zatracenie.
Do cna, do końca czasu.

To przez tych kilka słów.
Cztery, może pięć.

I może chciałabyś żebym milczał.
I bardzo nie chcesz.
Może.
Żebym nic nie mówił.
Cicho.
Tuż za Twoimi plecami.
Dzisiaj jak wczoraj.
Jak we śnie.
Jutro obiecujesz sobie jawę.
I znów we śnie gubiąc obietnice.
Dając rozkosz głowie.
W całym ciele.
Albo nigdy więcej.
Próbujesz.

I znów chcesz tak – tak chcesz.

© 2014 by Yoss


www.yossarian.pl

niedziela, 13 marca 2016

sen | Yossarian Malewski

sen

Są drogi, na których nie znajdziesz śladów stop – drogi snów, drogi dusz.
Dokąd prowadzą?
Do domu ukrytego w zieleni odcinającej się od żółtego piachu plaży nad szmaragdowymi wodami zatoki.
Na kamiennej posadzce mokre ślady Twoich stóp. Prowadzą mnie do miejsca w którym położyłaś się na chwilę... Mogę teraz patrzeć jak miarowo unoszą się Twoje piersi, jak krople wody spływają po Twojej skórze... Widzę jak ta woda paruje i czuję Twój zapach płynący w głąb domu. 

Pozwól więc że zostawię Cię na chwilę, usiądę do fortepianu i zagram Ci ten temat, który przyszedł mi go głowy kiedy oddechem szeptałaś mi swoją tajemnicę zanim obudził się dzień.
Poza czasem.
Poza miejsce.
Nikt nigdy nie zobaczy tego widoku – nikt nie usłyszy tej melodii.
Tego nie ma nigdzie poza snem – ulotnym jak woda parująca z Twoich ust. Jak słowa, których nie wypowiedziałaś. Jak obrazy, których nie nazwałaś na czas, nim wstyd zakrył je burgundowym szalem, pod którym chowasz swoją nagość, kiedy przynoszę Ci naręcza napęczniałych aromatem owoców.
Spij.
Póki możesz - spij.
Nie uciekaj mnie stąd tylko dla tego że nie wiem gdzie jest to miejsce. I sama nie uciekaj nim nie skończy się następna noc.
I mów do mnie, kiedy się obudzisz...

© 2014 by Yoss

www.yossarian.pl

„podróż” | Yossarian Malewski

podróż

Idę przez opuszczone miasto. Być może jestem poza czasem. Przeczy temu tylko pomieszanie kolorów z zapachami. Zieleń trawy pachnie soczystą wiosną. A zieleń płotu metalem. Szaro błękitny zapach mokrych chodników miesza się z odgłosem kroków. Wszystko rozgrywa się w czasie, chociaż mogłoby istnieć w jednej chwili. Nie doganiam tego co ma się wydarzyć, po prostu wychodzę z jednego doznania i wchodzę w kolejne. Zapatrzony w niebo czekając na tramwaj czuje jak słońce przesuwa się nieznacznie. Słyszę jak zmienia się konta padania światła na mojej twarz – jakby ktoś napinał, gruby skórzany pas. To też pachnie – naftaliną a zaraz potem babciną szafą. Kiedy przyjeżdża wagon i otwierają się drzwi nie jestem już sam. Zajmuję miejsce po słonecznej stronie z widokiem na mijane domy i mosty. Ale moją uwagę przyciąga twoja dłoń. Starannie ułożyłaś ją w niedbałą pozę na udzie, tuż przy kolanie. Doskonale równa czerwień paznokci gryzie się delikatnie z załamaniami skóry na kosatkach palców. Wszystkie te kolory pachną wodą i blaskiem księżyca w lipcową noc ponad dojrzewającymi polami pszenicy i żyta. Widok twoich dłoni budzi we mnie dziwną odmianę tkliwości. I ta czerwień paznokci. Jakbym wąchał ryż przyprawiony oliwą z ostrą papryką. Wyobrażam sobie jak zakładasz buty. Jak chowasz serwetki do szuflady pod blatem. Jak układasz bukiet ciętych tulipanów w wazonie na stole. W milczeniu zaczynam rozumieć jak bardzo musisz być samotna. Dlatego drugą ręką ciągle ściskasz rączkę walizki. Jakby mogła nagle przepaść w pustce. Jakby to co w niej było mogło wytłumaczyć nie tylko czerwień paznokci i zmęczenie, które masz w oczach, ale także każde załamanie skóry na kostkach i tą małą, białą bliznę między kciukiem a palcem wskazującym. Spróbowałbym zapytać – ale tak mocno trzymasz rączkę walizki, że znów słyszę trzeszczenie skórzanego pasa. Takiego na jakim dziadek ostrzył brzytwę. Zapach zmoczonego kamienia pocieranego stalą. Krem, którym starsza kobieta smaruje dłonie za każdym razem kiedy skończy pracę w kuchni i oszałamiający zapach sadów za polami wuja co zbyt często przysypia na ławce przed domem z tlącym się papierosem wsadzonym w skalną fifkę. Każe nam zbierać niedopałki, żeby nie było bałaganu. Dopalamy je w ukradzionej chyłkiem z jego szuflady starej, pękniętej fifce. Ale kiedy udało nam się wejść na dach domu i zobaczyć wszystko z perspektywy drugiego piętra, obietnica słodyczy jaką dostaliśmy od puchnących czerwienią czereśni zdradziła nas wszystkich. Jednego po drugim. Żeby nie ulec uciekaliśmy coraz wyżej po drzewie. Ta czerwień jest jak twój głos – prawda? Powiedz coś. To czerwień ust. I lakieru na paznokciach. I pękniętej żyłki w kąciku lewego oka. Ale masz za dużo do powiedzenia. Wszystko ginie w elektrycznym świetle ciemności nocy. Ciągniesz swoją walizkę po nierównych płytach przystanku. Drzwi zatrzaskują się z zapachem smaru i odjeżdżasz. A ja zostaje wewnątrz tramwaju i nie wiem dokąd dojadę tym razem. Zamykam oczy, żeby noc wiedziała jak mnie otulić, chroniąc przed wilgotnym powietrzem znad brzegu rzeki.

© 2014 by Yoss